"Jeździec Burzy" w Teatrze Rampa

06.05.2013 15:22, ,

Była to już ostatnia odsłona musicalu “Jeździec Burzy”, aby umilić oczekiwanie na kolejną edycję prezentujemy fotorelację oraz wywiady z głównymi aktorami. Zapraszamy do czytania :)

Spektakl „Jeździec Burzy” udowadnia utarte powiedzenie, że muzyka się nie starzeje. Mimo upływu lat wciąż ma w sobie prawdziwą moc, a Jim Morrison nadal budzi w ludziach fascynację.
Początkowo niepewnie podchodziłam do kwestii przetłumaczonych na język polski tekstów piosenek The Doors, okazało się jednak, że była to trafna decyzja. Już pierwszy utwór („Jeźdźcy Burzy”) mnie do tego przekonał. Aktorzy wypowiadają swoje kwestie po polsku, więc śpiewanie w tym samym języku brzmi bardziej naturalnie niż gdyby śpiewali po angielsku. Ponadto poziom tłumaczeń jest naprawdę wysoki. Wspaniałe, poetyckie teksty Morrisona, połączone z ciekawym wokalem Marcina Rychcika i perfekcyjną grą zespołu to poruszające wrażenie nie tylko dla fanów The Doors ale także dla każdego, kto lubi dobrą muzykę. Wszystkie utwory wykonane w „Jeźdźcu Burzy” zachwycają.

Gra aktorów miała w sobie niesamowitą energię, prawdziwe emocje. Ruchy Marcina świetnie naśladują sposób poruszania się Morrisona i jego swobodę na scenie. Niedbałe a jednocześnie seksowne zachowanie i ruchy to istotna cecha Morrisona zarówno jako mężczyzny jak i wokalisty. Aktorowi świetnie udało się to pokazać. Potrafi także zobrazować zmiany zachodzące w postaci. Nadaje jej prawdziwą głębię psychologiczną. Nie jest to łatwe w przypadku postaci tak złożonej i niejednoznacznej. Tu należałoby wspomnieć także o Pameli granej przez Dominikę Łakomską. Ta rola również wymagała dużej ekspresji. Postać tragiczna w swoim zagubieniu, rozdarciu. Również w jej psychice i zachowaniu zachodzą zmiany, głównie z powodu związku z Morrisonem, który ja odbieram jako jednocześnie destrukcyjny, przede wszystkim dla niej, jak i bardzo im obojgu potrzebny.
Scenografia – właściwie można by powiedzieć, że aż nazbyt skromna, co jest jednak w tym przypadku dobrym rozwiązaniem, ponieważ nic nie odwraca uwagi widza – liczy się tylko gra aktorów. A jest ona na najwyższym poziomie artystycznym.
Ciekawym pomysłem są krótkie projekcje filmowe wyświetlane w czasie spektaklu. Urozmaicają i pogłębiają odbiór całości.
Myślę, że wystarczającym dowodem na to, że mój zachwyt spektaklem podzielali także inni widzowie jest to, że owacje trwały naprawdę długo. Cała sala stała. Podobał mi się pomysł interakcji z publicznością – wspólnego tańca na scenie. Po ukłonach (wielokrotnie powtarzanych z powodu entuzjazmu widowni), Zespół zaczął grać utwór „Light my fire”, aktorzy rozpoczęli taniec i zachęcali publiczność do dołączenia do nich. Jako, ze znalazłm się wśród osób, które odważyły się dołączyć do tańca na scenie, mogę powiedzieć ze było to naprawdę niesamowite przeżycie, wkroczenie w przestrzeń zazwyczaj dla widza niedostępną.
Podsumowując: dobra muzyka w dobrym wykonaniu, zarówno na płaszczyźnie instrumentalnej jak i wokalnej, pierwszoligowe aktorstwo, nastrojowość, emocje i zaskakujący finał. Połączenie teatru z koncertem. Jest to jedna z najlepszych sztuk jakie widziałam ostatnio, a na pewno od dawna żadna tak mnie nie poruszyła. Nie sposób wyjść z teatru i po prostu zapomnieć o tym co się przed chwilą widziało i przeżywało. Ta sztuka na długo pozostaje w myślach i sercu.

Adam Streżyński: Czy to duża presja odgrywać postać legendy?

Marcin Rychcik - Jim Morrison: Na pewno była, 13 lat temu, kiedy Jeździec Burzy miał premierę. Pamiętam to jako czas bardzo gorący dla mnie. Ponieważ nie grałem dużych ról w teatrze. Przez całe życie marzyłem o dużej roli, jednak nie spodziewałem się, że będzie to rola Morrisona, moim marzeniem było zagrać Bergera z Hair, do dzisiaj nie spełnione. Jak to powiedział Dostojewski „Nasze marzenia się spełniają, jednak zawsze w zniekształconej formie”. To moje wielkie marzenie jest tego świetnym przykładem. Nie dostałem Bergera, dostałem Jima Morrisona i lepiej trafić nie mogłem!

Adam: Jak interpretujesz postać Morrisona?



Marcin: Każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie na temat tej postaci, niektórzy z nas odbierają go przez pryzmat muzyki, jak zresztą zobaczycie dzisiaj po reakcji publiczności. Ta muzyka się nie starzeje i niesie niesamowitą energię oraz przesłanie. Ale można patrzeć na niego także jak na poetę, lub ikonę lat 60-tych, ikonę popkultury, która była jakimś duchowym przywódcą dla rzesz ludzi. Podejrzewam, że teraz też jest kimś takim, dla młodych ludzi. Czasem przychodzą do mnie młodzi ludzie, niepewni jak powinni interpretować zakończenie spektaklu i czym jest śmierć Morrisona, czy była kresem poszukiwań, czy była porażką. Ja staram się ich naprowadzić na to, że najważniejsza w naszym bytowaniu być może jest droga, a nie to dokąd dojdziemy, bo może się tak niemiło okazać, nie mówię, że tak jest, każdy z nas to czuje i widzi inaczej, ale może się okazać, że na samym końcu nie ma nic. Więc najważniejsza jest ta droga, to co my zrobimy, co poczujemy podczas naszej wędrówki tutaj. Powiedzmy sobie szczerze, dość krótkiej i ograniczonej, ale jednak nie beznadziejnej. Wydaje mi się, że Morrison miał bardzo jaskrawą świadomość tego, że być może jego czas będzie krótki, dlatego tak łapczywie poszukiwał. 
On jest dla mnie po części kimś z tych wszystkich wymiarów, o których mówiliśmy. Jest dla mnie świetnym kompozytorem, bardzo dobrym tekściarzem. To były bardzo dobre teksty, jak na rocka jak na muzykę pop, one po prostu opowiadały o rzeczach, o których wcześniej nie śpiewano. Pojawiają się postacie z mitologii greckiej, słynny monolog edypalny w jednym ze słynniejszych utworów czyli w „The End”, odwołania do Nietzschego, do Aldousa Huxleya, do Williama Blake, do rozmaitych postaci z całego kręgu literatury powszechnej. Dotykanie takich tematów jak okropny nieszczęsny kres miłości, czyli to co być może jest naszym największym przekleństwem na tym świecie, czyli przemijanie, nie tylko nasze biologiczne, ale przemijanie tego co w nas najbardziej wartościowe, najbardziej czyste, czyli miłości, ona niestety znajduje kres na tym padole i to jest być może najbardziej deprymujące, jeżeli nawet ona nie wytrzymuje próby czasu to co w takim razie jest w stanie przetrwać.
Czyli właśnie, przemijanie, niespełniona miłość, zagubienie w tym wielkim mrowisku, w którym się znaleźliśmy, mass media i to co robią z wybitnymi postaciami, jak ich mielą na swoją modłę. To były wątki które podejmował Morrison. Dzisiaj jak najbardziej aktualne, jeszcze bardziej aktualne niż wtedy.



Adam: Jak się pan przygotowywał do tej roli?



Marcin: 13 lat temu była premiera Jeźdźca Burzy, we wrześniu 2000 roku, odbył się casting do roli Morisona, tutaj gdzie jesteśmy, w teatrze Rampa, przy tych stolikach siedzieli potencjalni Jimowie Morrisonowie. Na scenie Arek Jakubik (reżyser) przygotowywał casting do roli. Muszę powiedzieć, że był to bardzo profesjonalny casting. Pamiętam, że przyjechałem tutaj pewnego kwietniowego popołudnia i pamiętam tylko, że jedna z pań, których jeszcze wówczas nie znałem, tutaj z obsługi teatru, powiedziała mi, że reżyser jest bardzo niezadowolony, bo wszyscy są bardzo grzeczni, że nie ma osoby, która krótko mówiąc “rozpierdzieli tę budę w drzazgi”, że zacytuję tekst ze spektaklu. I pamiętam, że wróciłem wtedy do domu i założyłem glany, jakiś stary prochowiec mimo tego, że było już wtedy bardzo ciepło, ale jakoś się przemęczyłem. Przyjechałem tutaj, w tych glanach i w tym prochowcu, żując gumę. Zagrałem, że nie jestem zdenerwowany, wszedłem na scenę i po prostu zachowywałem się trochę chamsko.Trochę mi niezręcznie o tym mówić, bo już legendy na ten temat są opowiadane (uśmiech), powiem tylko tyle, że to było trafione, że to zrobiło wrażenie na reżyserze. Zresztą do dzisiaj sobie ten casting wspominamy. No i później, no cóż, przygotowywanie roli, dużo prób z muzykami, bo od tego zaczęliśmy, z tymi samymi muzykami, których dzisiaj usłyszycie. Ten zespół od 13 lat gra w niezmienionym składzie: Romek Kunikowski gra na klawiszach, Radek Zagajewski na basie, Krzysio Poliński na perkusji i Tomek Łuc na gitarze. A kiedy opanowaliśmy materiał muzyczny, no to już po wakacjach spotkaliśmy się tutaj z aktorami, poznaliśmy całą obsadę aktorów Teatru Rampa, niektórzy z nich są do dzisiaj w obsadzie, ale większość już nie, bo przez te trzynaście lat jak się domyślacie, było bardzo dużo roszad w składzie. Ludzie się wykruszają, zakładają rodziny, wyjeżdżają do innych krajów, dużo się tutaj działo, dużo było związków, wiele przyjaźni i miłości, to szmat czasu tak na prawdę… No i tak zleciało, że wrócę do wątku przemijalności, bo czasem mam wrażenie, że to było wczoraj, a to nie było wczoraj, to było już 13 lat temu. W spektaklu są projekcje, zrobione przez Wojtka Smarzowskiego, wówczas jeszcze zupełnie nieznanego reżysera i na tych projekcjach widać nasze młode twarze i nasze młode ciała, jakimi byliśmy królami życia wówczas, przyznam, że z pewnym rozbawieniem oglądamy te projekcje.

Adam: Piosenki są śpiewane po Polsku, byłem względem tego bardzo sceptyczny. Jak Państwo jako aktorzy to odbierają, jak oceniasz ten pomysł?



Marcin: Na początku był szok, a teraz to już wszyscy znamy doskonale teksty polskie i mało kto zna angielskie w tej chwili, może poza tym szlagwortem “come on baby light my fire”. Pozostałe fragmenty wszyscy śpiewamy po polsku i ja już nawet nie pamiętam jakie były reakcje, prawdę mówiąc, było mi to obojętne. Ja wiedziałem, że chcę śpiewać po polsku, ponieważ to było coś nowego, nowa wartość, nowa jakość. Po co powtarzać po Morrisonie jego słowa. To jest tylko spektakl, a ja jestem tylko postacią, która wciela się w Morrisona.

Adam: Co jest dla Ciebie najfajniejsze w tym spektaklu? Co wspominasz najlepiej, czy może były jakieś śmieszne wpadki?



Marcin: Ooo, no oczywiście! Mnóstwo! Co jest najfajniejsze… mam wiele momentów, w tym trzy godzinnym spektaklu praktycznie nie schodzę ze sceny. W trakcie całości mam może jedną taką dłuższą scenę gdzie mnie nie ma. Wiele fragmentów, wiele momentów zrosło się ze mną, to są piosenki na przykład, każda wyraża zupełnie inny stan umysłu, czy stawia Morrisona w innym miejscu jego życiorysu, więc do każdej mam właściwie osobisty stosunek. Uwielbiam te sceny, które gram tutaj z aktorami i też każda z tych scen przyrosła do kolegi czy do koleżanki. Czasem z dużym niepokojem obserwuję, że jest zmiana w obsadzie, ja się przyzwyczajam w ogóle do ludzi, ale oczywiście później otwieram się na nowe postaci, więc po prostu wszyscy, każdy kto grał w tym spektaklu, są mi bliscy. To jest moje dziecko, myślę, że to jest dziecko Arka Jakubika i moje (śmiech). Czyli można powiedzieć, że to jest dziecko dwóch facetów, którzy zrobili ten spektakl.
Z ciekawych sytuacji, ze spektaklu, pamiętam, że kiedy Pamela, w pewnej naszej intymnej scenie ma taką narkotyczną wizję i wskazuje Morrisonowi jakiegoś owada, którego widzi gdzieś tam, tańczącego przy lampie na suficie i pamiętam taki spektakl, kiedy w tym momencie, kiedy ona mówiła, że “to jest ćma, spójrz to ćma”, ale oczywiście Morrison miał jakiś inny pomysł na to co to jest. Pamiętam, że się rzeczywiście pojawił w teatrze, jakiś owad, pewnie mucha to była. Pamiętam, że kręciła się długo w tym miejscu gdzie patrzyliśmy, w naszym otoczeniu. To było zupełnie niesamowite! Jaka jest różnica między teatrem, a filmem, że w teatrze wszystko dzieje się, jakby w tej chwili, jeźeli ktoś się pomyli z tekstem, to już nie może powiedzieć “Stop, powtarzamy to ujęcie”, tylko już, poszło, już za późno! To jest fascynujące w teatrze, że nie można się właściwie pomylić, chociaż tak na prawdę, publiczność, pomyłki, u w i e l b i a, i czasem tylko czeka na pomyłki.

Klaudia Maison: Jakie było największe wyzwanie w czasie przygotowań?


Dominika Łakomska – Pamela Courson, dziewczyna Morrisona
: Samo zmierzenie się z legendą Pameli Courson, o której wiemy znacznie mniej niż o Jimie Morrisonie, bo o Jimie powstały książki i mnóstwo wywiadów można znaleźć, i domniemań, a na temat Pameli Courson jest jednak materiałów dużo mniej. Poza tym ta rola jest napisana bardzo skokowo, czyli ona jest pokazywana w takich małych scenach, więc trzeba wskakiwać w stany co chwile kompletnie inne, bardzo intensywne, bardzo dużej sprawności wymagające.

Klaudia: Ciekawe wyzwanie.



Dominika: Ciekawe i trudne, jak do tej pory to najtrudniejsza rzecz z którą się zmierzyłam w teatrze, bo tak jak powiedziałam, tam nie ma ciągłości, tam nie ma możliwości rozpędzenia się na scenie, wejścia w emocje i przechodzenie z jednych w drugie, tam trzeba po prostu wchodzić, od razu na sto procent w jakąś sytuację i odegrać ją na sto procent, i zejść ze sceny.

Klaudia: Jaki masz osobisty stosunek do Pameli? Utożsamiasz się z nią?



Dominika: Oczywiście, że tak, ale zacznijmy od tego, że utożsamiam się z tymi czasami, z tą muzyką, a bardziej wskazane było by powiedzieć, że się utożsamiałam, bo ja się wychowałam na tej muzyce, Led Zeppelin, The Doors, Pink Floyd to były zespoły, których słuchałam jako nastolatka, uważałam się za hipiskę, taką może trochę ugrzecznioną, ale jednak. Fascynowałam się tymi ludźmi. Jimim Hendrixem, Janis Joplin, ludźmi, którzy umierali młodo, i bardzo dużo do tego czasu zdążyli dokonać. Fascynowała mnie taka pokrętność natury ludzkiej, z którą ludzie nie mogą sobie dać rady i szukają tych przysłowiowych drzwi, jak u Haksleya, żeby się przedostać na drugą stronę, nie mogąc pojąć złożoności świata. I to mi towarzyszy do dzisiaj (śmiech).



Klaudia: Co najlepiej zapamiętałaś przez te siedem lat od kiedy tutaj grasz?



Dominika: Zapamiętałam najbardziej pierwszy raz, spektakl , który po raz pierwszy zobaczyłam, kiedy przyjechałam tutaj na casting do teatru, będąc jeszcze w szkole teatralnej. Tu jest przestrzeń na to, na koniec spektaklu, żeby publiczność mogła zintegrować się z aktorami, czyli wejść na scene. Ja jako aktorka mam taką naturalną barierę przed tego typu zachowaniami, a poniosło mnie i wbiegłam na tę scenę i tańczyłam. I to był taki impuls do tego, żeby się zastanowić, co było w tym spektaklu takiego, że mnie poniosło. Pomimo, że pewne, rzeczy mi się bardziej, a pewne mniej podobały, to ten spektakl mnie porwał i to samo dzieje się z widownią już od tylu lat. Nasz reżyser, cudowny Jakubik, który teraz robi karierę muzyczną zresztą (śmiech), w jakiś taki mistyczny sposób ugryzł ten temat, taki, że on cały czas zaskakuje i chwyta. Że ludzie przychodzą po kilkadziesiąt razy na ten spektakl i ja zapamiętałam to odczucie, które mi towarzyszyło, że mnie to porwało. Po prostu mnie porwał ten spektakl, czego wszystkim widzom życzę!
Muzyka jest wiecznie żywa, a Marcin Rychcik, który gra rolę Jima Morrisona jest wokalistą, który w genialny sposób oddaje emocje Jima Morrisona, które były zawarte w jego piosenkach, są nadal wiecznie żywe i ma bardzo podobny tembr głosu do niego więc to są magiczne chwile, kiedy on śpiewa na scenie. Także życzę wam cudownych przeżyć podczas spektaklu.

Autorzy: Klaudia Maison, Adam Streżyński

QR CODE

Komentarze

  1. iwcia
    05.12.2013 22:49 #

    Co tu gadać perfekcja jaki tam Berger P.Marcinie Morrison to jest to nawet Val Kilmer w fabule The Doors to nie to chociaż fizycznie bardziej przypominał oryginał a polskie teksty-fantastycznie.Tyle że dlaczego to już jest,,The End”? Jak śpiewał Jim. Chcemy jeszcze kolejne 13lat. Grajcie dalej.They let`s open Doors.

Wypowiedz się


 

Lista Kategorii:­ • Animacje­ • Biznes­ • Film­ • Kuchnia­ • Kultura­ • Moda­ • Motoryzacja­ • Muzyka­ • Nauka­ • Polityka­ • Recenzje filmów­ • Reklama­ • Religia­ • Reportaż­ • Rozrywka­ • Sport­ • Turystyka­ • Wiadomości­ • Zdrowie i uroda

REKLAMA

TV Południe:

Misja Zespół Oferta Kontakt

Partnerzy:

Bezpłatny biuletyn: